Od Cheopsa CD. Amaris

  — Chętnie skorzystam z propozycji — kąciki pyska samca poszły ku górze. — Akurat jutro patrol rozpoczynam o podobnej porze, więc jak najbardziej będę miał czas — dopowiedział, chcąc dać suczce stuprocentową pewność, iż na pewno się zjawi. — I, oczywiście, jeśli zechcesz, będziesz mogła się do mnie przyłączyć. W takim towarzystwie dbanie o bezpieczeństwo sfory jest o wiele przyjemniejsze — uśmiechnął się szerzej, pełen entuzjazmu kierując wzrok na rozgwieżdżone niebo.
— Na pewno przemyślę twoją propozycję — usłyszał w odpowiedzi.
  Tej nocy Cheops nie miał wątpliwości, że ten patrol, mimo iż wykonał ich naprawdę wiele, obecnie należał do najlepszych. I nie stał za tym fakt, że nie spotkał żadnego zagrożenia, a obecność nowej Delty.
  W końcu jednak eksploracja dobiegła końca, co oznaczało rozłąkę dwójki psów. Wymienili między sobą kilka, finalnych słów, po czym poszli w swoje strony. Obrońca wlókł się powoli, a momentami jego pysk opuszczały ciche ziewnięcia. W tym momencie nie marzył tak mocno o niczym innym, jak ułożenie się na miękkim posłaniu.
  Cichuteńko wszedł do swego domostwa, po którym roznosiło się niemal niesłyszalne skrzypnięcie podłogi. Zerknął dla pewności na przybranego syna, którego na szczęście nie obudził swym powrotem. Podszedł do niego ostrożnie. Powoli chwycił zsunięty koc w zęby i naciągnął go na Rayweylina. Wycofał się, podejmując tych samych kroków, jak od samego przyjścia do tego budynku. Udał się do swojej sypialni, prędko zasypiając.
  Poranek dla Cheopsa przebiegł dosyć leniwie. Spędził go w domowym zaciszu, w towarzystwie adoptowanego szczenięcia. Kiedy opuszczenie chatki stawało się nieuniknioną czynnością, Cheops wyjaśnił podopiecznemu, dokąd zamierzał się udać, aby go nazbyt nie martwić. Proponował mu nawet, że mogą odwiedzić Amaris we dwoje, ale Ray odmówił.
  Wreszcie nadeszła pora, by wyruszyć do domu dawnej zielarki, toteż obrońca pożegnał się z synem i zawędrował do odosobnionej chatki.
  Uniósł łapę i uderzył nią o drzwi, zachowując przy tym delikatność, gdyż nie chciał zostawić na nich szczególnych uszkodzeń. Chwila minęła, a Cheo mógł w końcu ujrzeć postać dwukolorowej suki.
— Witam w tak piękny dzień. Mam nadzieję, że nie musiałaś długo na mnie czekać albo że nie przyszedłem za wcześnie.

Amaris?

Od Amaris CD. Silent

     Silent skinęła głową, a zatem Amaris zaczęła mówić - długo i płynnie. Słowa z gracją formowały się na jej języku i wypływały z ust, rozrzedzając gęstą ciszę, przerywaną dotąd jedynie szumem wiatru za oknem i trzaskiem drewienek w kominku. Opowiadała o wszystkim, ku własnemu zaskoczeniu; rzadko kiedy mówiła wiele, a jednak jej milcząca towarzyszka niosła ze sobą osobliwe poczucie swobody. Zwykle trzymała myśli we własnej głowie, pielęgnowała je, porządkowała i starannie wydzielała te, które przerodzić się miały w dźwięczne słowa. Pełniła rolę słuchacza, odzywała się jedynie w potrzebie, zaś drobne pogawędki stanowiły dla niej zbędny element codzienności. Teraz musiała mówić za dwoje i o dziwo, rozwodząc się nad bliskim jej sercu tematem, sprostała zadaniu. 
     Nie bała się opowiadać o aspektach, które przy większości zachowywała dla siebie. Opowiadała o zbawiennych właściwościach werbeny, stosowanej zarówno w medycynie naukowej, jak i ludowym ziołolecznictwie, o niezliczonych zastosowaniach lawendy, która sprawdza się jako podstawa aromatycznej herbaty, lekarstwo na ból głowy i bezsenność, a zarazem pomaga pozbyć się negatywnej energii i oczyścić otoczenie, o truciznach sporządzanych z tojadu, o zawilcach, które w zależności od sposobu przyrządzenia mogą przerodzić się w toksyczny środek lub zbawienne antidotum, o goździkach zwanych na południu kwiatami Zeusa, o prymulkach zwiastujących wiosnę czy błękitnych niezapominajkach. Nie bała się mówić o naturalnej magii, choć dotąd nie nazwała samej siebie wiedźmą w towarzystwie wilczej samicy. Snuła po prostu opowieści o florze, tak bogatej i harmonijnej. Jej zielnik obfitował w każdy element - życiodajne lekarstwa i śmiertelne trucizny; niepozorne liście i barwne kwiatostany. Każdej rośliny posiadała tyle, ile potrzebowała, nie zrywała nadmiaru, który miałby się zmarnować. Wszystko stonowane, w perfekcyjnej równowadze. 
     Amaris była mieszanką wody i ziemi. Czym była Silent? Ciężko stwierdzić. Jej energia falowała, drżała niespokojnie i umykała niczym krople rosy po spotkaniu pierwszych promieni słońca. Miała w sobie coś z powietrza, być może również wody. Jak szum jesiennego deszczu, niosący się pośród milczącego lasu. Jak letni wiatr przywodzący zapowiedź ciemnych chmur na niebie. Jak mgła. Spokojny niepokój. Kiedy jednak siedziała pośród ciepłego domostwa, sprawiała wrażenie delikatnej i łagodnej, otulonej przez dźwięki otoczenia i energię. 
     Za oknem rozległ się głuchy ryk odległego grzmotu. Świetlista wstęga na ułamek sekundy rozjaśniła skąpane w cieniach niebo. Płomienie świec zatańczyły pod wpływem podmuchu wiatru, zaglądającego przez uchylone okno. Ulewa dudniła o drewniany dach chatki, której wnętrze zdawało się teraz pełnić rolę nieznanej przystani, ciepłego schronienia pośród szalejącego chaosu. Zielarka była spokojna. Niespiesznie przymknęła okno, zgasiła drobne języki ognia kołyszące się na knotach świec. Trąciła pyskiem ramię swego gościa, jakby nie chciała zakłócić głosem przytłumionej, naturalnej symfonii władającej nocą burzy. Zaprowadziła wilczą samicę na kanapę w głównym pomieszczeniu - rozmieściła tu na dwóch przeciwnych stronach dwa posłania; odkąd tu mieszkała, sypiała w salonie. Posiadała co prawda dodatkowy pokój, jednak ustronność i ciepło centralnej izby domostwa w zupełności jej wystarczało. Wokoło nadal unosił się zapach kadzidła oraz ziół, a mimo to powietrze było lekkie i rześkie. Amaris wykonała obchód wokół pokoju, przystając w każdym rogu, by wymamrotać pod nosem parę słów. Nie przeszkadzało jej zaciekawione spojrzenie Silent; dawno już nie wstydziła się własnych praktyk. Powróciła na do sofy, poprawiając przygotowane posłania. Pod poduszkę Silent wsunęła maleńki, zamglony kryształ, o nieregularnym, nieoszlifowanym kształcie - kwarc dymny.
     — To na dobry sen — wyjaśniła, choć nie została o to zapytana. — Kiedy śpi się w danym miejscu po raz pierwszy, to ważne by zadbać o harmonię sennych wizji. Mają wielką moc.
     Niespiesznie ułożyła się po jednej stronie kanapy, zwijając w kłębek pod puchatym kocem.
     — Jeśli będziesz czegoś potrzebować, nie wahaj się mnie obudzić. Mam płytki sen — szepnęła jeszcze na koniec. — Dobranoc, Silent.
     Wokoło zapanowała cisza; tylko deszcz szumiał za oknem.
 
Silent?

ODEJŚCIE — LYSANDER

Pragniemy ogłosić, że od dnia dzisiejszego gabinet psychologiczny jest nieczynny do odwołania. Wszyscy, którzy potrzebują pomocy tego typu specjalisty, proszeni są o kontakt z ordynatorem szpitala.
Fakt ten związany jest z kolejnymi smutnymi wieściami — wraz z dniem dzisiejszym stwierdza się zaginięcie naszego dotychczasowego psychologa, LYSANDRA. Wraz z samcem zniknęły jego ruchomości, co wskazuje na samodzielne opuszczenie sfory.
Lysandrze, gdzieśkolwiek jest (jeśliś jest), pamiętaj, że u nas zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce, gdybyś zdecydował się powrócić. Jeśli zaś zamierzasz trwać przy swojej decyzji, nie pozostaje nam już nic innego niż życzyć ci szczęścia.

W imieniu całego przywództwa Północnych Krańców,
Erato, samica Beta

ODEJŚCIE — SAHARA I CONNOR

Nieszczęścia najwyraźniej naprawdę chodzą parami. Dwoje z członków naszego stada — SAHARA i CONNOR — postanowiło w ostatnim okresie opuścić naszą społeczność. Oboje odeszli pod osłoną nocy, w odstępie zaledwie kilku dni, a wraz z nimi zniknęły ich dobytki. 
Saharo, Connorze, mamy nadzieję, że dotrzecie do swoich bezpiecznych przystani. Jeśli jednak zatęsknicie za nami i za malowniczymi Północnymi Krańcami, nie musicie się wahać. Tu zawsze będzie wasz dom.

W imieniu całego przywództwa Północnych Krańców,
Erato, samica Beta

Od Ziny CD. Altaira

     Zina zamrugała oczyma, po raz kolejny bezskutecznie usiłując otrzeźwić własny umysł. Nie była pewna, co właśnie się wydarzyło, zaś kolejne elementy układanki, wraz z opadającą adrenaliną, dopiero zajmowały swoje miejsce w jej świadomości. Kompletny chaos, niebezpieczeństwo i balans na krawędzi pomiędzy życiem, a niechybną śmiercią - uwielbiała to, choć kiedyś z pewnością właśnie owy element przyczyni się do jej zguby. Obecnie jednak polegała na szczęściu, które i tym razem, jak jakimś cudem przez całe życie, wybawiło ją od tragedii. Ciekawe ile takiej sprzyjającej fortuny pozostało jej w zanadrzu... Obawiała się momentu, w którym te boskie zasoby się wyczerpią, zaś ona pozostanie zdana na łaskę sztywnych ram rzeczywistości. Dla własnego spokoju postanowiła zaliczyć owy szczęśliwy traf na konto swego obecnego towarzysza przygód. 
     To właśnie jego słowa wytrąciły samicę z zamyślenia. Zastrzygła uszami i prychnęła cicho, próbując pozbyć się poderwanego przez koła samochodu pyłu z nozdrzy. 
     — Co tak cię wzięło na filozofię życiową? — Uniosła pytająco brwi, jednak w odpowiedzi otrzymała jedynie wzruszenie ramionami. — Mam propozycję. Skoro nadal jestem ci winna podwieczorek, to czemu by nie przełożyć tej rozmowy na tę okazję? Jeśli dopisze nam szczęście, możemy załatwić jakiś procentowy trunek, który umili nam... Snucie domysłów o sensie istnienia. Co ty na to?
     — Jestem za — odparł bez zawahania Altair. — Prowadź. Tylko może tym razem postaraj się nas nie zabić? — Na pysku samca wykwitł rozbawiony uśmiech. 
     Suka wywróciła oczyma.
     — Dramatyzujesz. Przecież żyjemy.
     Otrzepała się z klejącej mazi, rozchlapując brudną wodę dookoła. Odrobina błota jeszcze nikomu zaszkodziła, a przy tym stanowiła idealny kamuflaż - nikt przecież nie zwróci uwagi na brudnego kundla szwendającego się pośród ulic. A już na pewno nikt nie rozpozna w nim urokliwej, rasowej i potencjalnie wartościowej suni. Zgodnie z tą myślą uderzyła przednimi łapami w kałużę, pozwalając, by kolejne krople spoczęły na jej sierści. Zaraz potem machnęła wesoło ogonem, odskakując na bok. Pożałowała tej decyzji - jej wzrok zatrzymał się na leżącej kilka metrów dalej, zbiorowej, psiej mogile. Kilkoro czworonogów zabitych pod kołami i maską przerażającej maszyny; pozostały z nich tylko zakrwawione, połamane ciała. Wzdrygnęła się nieznacznie na tę myśl. Miała również świadomość, że ich przywódca przeżył. I choć znała go krótko, jedynie przez złośliwe zrządzenie losu i własny, niewyparzony język, wiedziała że nie zamierza odpuścić. 
     — Sądziłam, że piraci kolekcjonują kochanki w różnych zakątkach świata, a nie wrogów — westchnęła, krzywiąc się nieznacznie. — Oczywiście, kochanki też mam. I kochanków. Ale obawiam się, że sumarycznie wrogów nazbierałam więcej... — dodała pochmurnie. 
     Z drugiej strony... To też niezłe osiągnięcie. Zdobyć status czyjegoś wroga to nie byle co...
     Jesteś piratem? — zainteresował się Altair. 
     — Samozwańczym — stwierdziła strażniczka, ruszając powoli przed siebie. — Z dwóch powodów. Po pierwsze, jestem psem. Po drugie, ciężko mówić o piratach w dzisiejszych czasach... Ale podoba mi się ten tytuł i zamierzam się go trzymać. Zwłaszcza, że pośród psich społeczności jest jeszcze całkiem aktualny i adekwatny, na tyle, na ile może być. 
     Przemierzali kolejne uliczki, powoli wyplątując się z labiryntu dziwnych, ślepych zaułków. Z czasem zaczęli mijać pojedynczych przechodniów, zaś po chwili wplątali się w zatłoczony chodnik przy ruchliwej drodze. Choć obecność dwunożnych działała im na nerwy, po wcześniejszych wydarzeniach miło było zostawić za sobą szemrane korytarze mniej przyjaznych dzielnic. Zina przez chwilę zastanawiała się nad kierunkiem który należało obrać, jednak po pewnym czasie zdała się na intuicję. Manewrując pomiędzy ludzkimi nogami, dreptali ramię w ramię w bliżej nieokreślonym kierunku. Nad miastem słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Czyste niebo przybrało złoto-pomarańczowy odcień, barwiąc chmury słodkim różem i odcieniami ognistej czerwieni. Uroczy widok.
     — A tak oficjalnie? Czym się zajmujesz w stadzie? — zagadnął czekoladowy pies, zerkając z ukosa na towarzyszkę. 
     — Jestem strażniczką — odparła. — To prosta robota. Zwykle biorę nocną wartę by móc spacerować pod gwiazdami lub zaszyć się gdzieś w krzakach i przespać aż do rana — przyznała niewinnie. — A ty?
     — Najemnik — wyjaśnił krótko. — Lubię mieć dowolność w działaniu. Choć początkowo rozważałem stanowisko tropiciela...
     Zina przystanęła nagle, unosząc nos ku górze. Jej towarzysz przerwał wypowiedzi i, jak się zdawało, równie szybko pojął, na czym skupiła swoją uwagę. Wymienili szybkie, porozumiewawcze spojrzenie, po czym podążyli uchwyconym tropem. Zaprowadził ich do wąskiego zaułka tuż przy restauracji, szczycącej się "azjatyckimi przysmakami". Na jej tyłach znajdował się śmietnik i choć piratka rozważała chwilowo zanurkowanie pośród odpadków w poszukiwaniu skarbów, ostatecznie otrzymała znacznie lepszą propozycję od losu. Drzwi, będące zapewne tylnym wyjściem z knajpy, uchyliły się. Dwójka czworonogów instynktownie czmychnęła za kontener, obserwując wyłaniającą się zza progu postać. Kucharz o masywnej posturze i zabawnym wąsiku trzymał w dłoniach zapakowaną na wynos paczuszkę; zrzędził coś pod nosem, z czego Zina zdołała wychwycić jedynie krótkie zdanie, w którym przedrzeźniał klientów oskarżających go o "źle zrealizowane zamówienie". Rzucił papierową torbę na ziemię, nie siląc się nawet na podniesienie klapy śmietnika, po czym wrócił do wnętrza budynku. 
     Piratka pierwsza dopadła do tajemniczego pakunki. Z pomocą zębów rozerwała papier, ukazując plastikowy pojemnik z obfitą porcją osobliwego dania, złożonego z surowych ryb, owiniętych ryżem, wodorostami i przyozdobionych różnymi, bliżej niesprecyzowanymi dodatkami. Samica aż zamerdała ogonem z podniecenia. Sushi, jak zdołała się niegdyś dowiedzieć, jadła tylko raz, w towarzystwie dawnej załogi. Zdecydowanie przypadło jej do gustu - żadne lądowe frykasy nie mogły zastąpić fantazyjnych owoców morza. Tym razem, obiecała sobie, nie tknie jednak wasabi. Do tej pory pamiętała palący ogień na języku i gryzący smak klejącej, zielonej mazi. Kto właściwie wpadł na pomysł, aby dodawać to do posiłków? Spośród krzywdzących kubki smakowe specyfików wolała już porządny, mocny alkohol. 
     — Jadłeś kiedyś sushi? — zapytała. — Bo właśnie to wpadło nam w łapy. Mamy szczęście, że ludzie tak łatwo wyrzucają zupełnie dobre jedzenie. Miło z ich strony. 
     Nim zdążył odpowiedzieć, zawiasy starych drzwi ponownie szczęknęły. Suka chwyciła zdobycz w pysk, korzystając z częściowo rozdartej, acz poręcznej papierowej torby i dała nura na zatłoczony chodnik. Obejrzała się przelotnie, chcąc się upewnić, że Altair dotrzyma jej kroku, po czym ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Wypadałoby znaleźć jakieś ustronne, spokojne miejsce, które pozwoliłoby im na spożycie posiłku bez obaw o zadeptanie przez dwunożnych. Skierowali się zatem w kierunku obrzeży miasta; tam, gdzie ciasne zabudowania ustępowały miejsca domom jednorodzinnym, a ruchliwe ulice przechodziły w rzadko uczęszczane, asfaltowe dróżki. Wreszcie przystanęli gdzieś przy brzegu fiordu, znajdując niewielkie molo przy kamienistej plaży. Całkiem urokliwa okolica, szczególnie biorąc pod uwagę barwne niebo i krajobraz zachodzącego słońca.
     Zina rzuciła pakunek pod ich łapy. 
     — Najwyższy czas na ten podwieczorek — stwierdziła. 
 
Altair?
1026 słów, + 15 j 

ODEJŚCIE — YASMINE

Stadem wstrząsnęły niepokojące wieści, kiedy dzisiejszego ranka stwierdzono zaginięcie szczenięcia. YASMINE zniknęła bez śladu jeszcze w nocy, podejrzewa się, że samodzielnie opuściła dom. Wysłana ekipa poszukiwawcza nie zdołała odnaleźć zaginionej suni. 
Yasmine, mamy nadzieję, że postanowiłaś obrać własną drogę i świadomie podjęłaś tę trudną decyzję. Uważaj na siebie. Obyś znalazła swoje miejsce. A jeśli kiedykolwiek poczujesz się przytłoczona samotnością, wróć do domu.
 
W imieniu całego przywództwa Północnych Krańców,
Amaris, samica Delta

Od Beatrice CD. Vesper

„Następnym razem”... Jak to cudownie brzmiało. W samych tych dwóch słowach zawarta już była jakaś piękna obietnica kolejnego spotkania, zresztą nieprzypadkowego. „Powinnyśmy robić to częściej” było chyba jednak jeszcze piękniejsze. „Następnym razem” dawało jej gwarancję jeszcze jednego spotkania, ale „powinnyśmy robić to częściej” stawało się pewnego rodzaju obietnicą. Może miały uczynić z tych spotkań jakąś tradycję, którą Vesper przed chwilą zdołała tak pięknie nakreślić słowami? Miały plotkować o życiu prywatnym innych członków sfory, do której należały — sfory, w której szpieg, jak jej zdradziła, zamierzała zostać już na stałe — i pić alkohol. Ruda samica miała rozwinąć przed tą szarawą jeszcze więcej meandrów historii swoich losów, tak niezwykłych i porywających, a także, być może, zaznajomić ją ze swoją poezją. Ba, Bice miała stać się jej pierwszym odbiorcą, kimś wyjątkowym.
Gdyby nie to, że teraz nie miała w swoim organizmie ani kropli żadnego trunku, uznałaby, że jest pijana. 
Być może była po prostu pijana ze szczęścia?
— To jak? — ponagliła ją jej towarzyszka, patrząc na nią uważnie znad kubka, w którym znajdowała się już zaledwie końcówka napoju, który zaserwowała jej gospodyni.
— Co? — wyrzuciła z siebie, zanim zdołała ugryźć się w język. — A, tak... Przepraszam, zamyśliłam się. — Uśmiechnęła się przepraszająco i zapewne gdyby nie to, że była psem, w tym momencie by się zapewne również zarumieniła. — Oczywiście, że chętnie ponownie cię tu ugoszczę, i to nie raz. Zapraszam, kiedy tylko znajdziesz na to czas i ochotę. No cóż, dobremu alkoholowi również nie odmówię — zauważyła na koniec, nie chcąc, by jej wypowiedź brzmiała zbyt entuzjastycznie.
— Jeśli już mowa o alkoholu, to jakie wino lubisz? Białe? Czerwone? A może różowe? 
— Nie zagalopuj się tylko zbytnio, proszę, bo kompletnie nie znam się na winie! — zauważyła Bice ze śmiechem.
— Jak to? Jesteś Włoszką i nie znasz się na winie? — zagadnęła młodsza z suczek, przekrzywiając nieco głowę, wyrazem swojego pyska zdradzając coś, co Bea uznała za rozbawienie.
— Taka ze mnie Włoszka, jak z koziej du-... — urwała nagle, zaskoczona własnym doborem słownictwa. Zanim postanowiła ciągnąć swoją wypowiedź dalej, odchrząknęła. — Żadna ze mnie Włoszka. Moja rodzina co prawda lubiła się chwalić swoim pochodzeniem, nadając kolejnym pokoleniom włoskie imiona, lecz kraj Alighieriego jako ostatni widzieli chyba moi pradziadkowie... jeśli nie prapradziadkowie. — Pokręciła głową. — Ja sama urodziłam się w Rosji, tam też spędziłam swoją... no cóż, młodość. Chyba mogę już powiedzieć, że jestem stara. — Roześmiała się cicho. — No cóż, w każdym razie pochodzę z Rosji, a w Rosji pije się wódkę.
— To co, powinnam zamiast wina przynieść wódkę? 
— Oj tak, zdecydowanie! — przytaknęła Bice, znowu cicho się śmiejąc, i wypiła ostatni łyk swojej dawno już zimnej herbaty.
Rozstały się niedługo później.

Vesper dotrzymała danego Beatrice słowa. U progu jej chatki zjawiła się ponownie jakieś dwa tygodnie później, po tym, jak kilkakrotnie widziały się w koszarach. Zgodnie z własną obietnicą, miała ze sobą wódkę. Ale to nie byle jaką! Trunek, nie dość, że schłodzony przez naturalne mrozy północnych zakątków Norwegii, miał jeszcze jedną, niezwykle ważną zaletę.
— Patrz, co udało mi się znaleźć w mieście! — oznajmiła ruda samica, przesuwając szklaną butelką po drewnianej podłodze salonu sanitariuszki. 
— Carskaja! — wręcz wykrzyknęła Bice po szybkich oględzinach leżącego u jej łap trunku. Czule uśmiechnęła się do wydrukowanego na etykiecie słowa w cyrylicy. — Skąd ją masz? — Zwróciła się ponownie ku swojej znajomej, wciąż uśmiechając się szeroko.
— Mówiłam już, że z miasta — odpowiedziała jedynie Ves, najwyraźniej nie chcąc dzielić się z sanitariuszką tą informacją.
— No dobra, uznajmy, że każdy powinien mieć jakieś swoje tajemnice i asy w rękawie... nawet jeśli nie mamy rękawów — mruknęła i, wciąż nie tracąc szczególnie dobrego nastroju, zabrała się za nalewanie im alkoholu. Nie rozdrabniała się na kieliszki, których zresztą nie miała, i już po chwili wręczyła swej gościni wypełniony do połowy wódką kubek. — Teraz musimy jeszcze wznieść toast — oznajmiła z grobową wręcz powagą.
— A nie wystarczy zwykłe „na zdrowie”?
— Nie. Niektórzy piją nawet każdy kieliszek z innym toastem, ale mogę być dla ciebie łagodna i kazać wymyślić tylko jeden. Za co pijemy, Vesper? — spytała swoją towarzyszkę, a teraz zapewne również „koleżankę od kieliszka” z nieco zawadiackim uśmieszkiem. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie była naprawdę ciekawa tego, co wybierze szpieg.
— No dobrze. Wypijmy za... — Vesper zamilkła na chwilę, najwyraźniej zastanawiając się, co powiedzieć dalej. — Wypijmy za podróż życia, która przywiodła nas do domu.
— Och, takiej poezji, a nawet może i filozofii, na pewno nie przebiję. To zdecydowanie najpiękniejszy toast, jaki słyszałam — zauważyła Bice z delikatnym uśmiechem. — W takim razie za podróż życia, która... Jak to było? Coś z domem, tak? — Roześmiała się.
Obie upiły trochę trunku. Nie potrafiąc się powstrzymać, Bice aż mruknęła z zadowolenia, czując znajome ciepło rozlewające się najpierw po jej gardle, a potem po całym ciele. Oj tak, tak smakował dom.
— Teraz twoja kolej — odezwała się Vesper po chwili milczenia. — Jaki będzie nasz drugi toast?
— A nie miałyśmy przypadkiem wznieść tylko jednego?
— Nie, wznosimy po jednym toaście. Nie wywiniesz się!
Bea roześmiała się cicho, lecz po chwili spoważniała. Przypomniała sobie ostatni toast, jaki wzniosła. Wciąż mieszkała wtedy na ruchliwych i, jak miało się niedługo później okazać, niebezpiecznych ulicach stolicy Rosji. Nadal co noc zasypiała u boku swojej ukochanej. To z nią wtedy piła... Pamiętała, jak dumne były, że udało im się znaleźć tę porzuconą przez jakiegoś człowieka butelkę wódki i odpędzić od niej innego psa, który najwyraźniej również chciał się oddać słodyczy upojenia alkoholowego. Piły wtedy za miłość i za wspólne życie w tym pięknym mieście.
Teraz jednak nie było już żadnej miłości, a już na pewno nie tej do Tatiany, która już od tak dawna była tylko mglistym wspomnieniem, wątłym ciałem wgniecionym w ziemię przez koła samochodów. Ulice miasta, które wcześniej uważała za swój dom, teraz zdawały jej się być pełne bólu i rozczarowania. Co innego to, co miała teraz przed sobą. Co innego Vesper, która uśmiechała się do niej półgębkiem, czekając na jej toast. Co innego sfora, do której teraz należała, w której może i nie czuła się obecnie w pełni szczęśliwa, lecz też nie wyobrażała sobie już życia w innym miejscu.
Za wszystko to, co doprowadziło nas do tego miejsca i do tej chwili, bez czego nie byłoby nas tu dzisiaj, nawet jeśli nie zawsze były to dobre wydarzenia, chciała powiedzieć, lecz zrozumiała, że tym samym jedynie sparafrazowałaby toast swojej towarzyszki. No cóż, najwyraźniej Vesper wypowiedziała przed chwilą jedne z najbardziej prawdziwych zdań, o których w swoim życiu słyszała goszcząca ją właśnie samica.
— Och, zagięłaś mnie, nie potrafię wymyślić nic równie poetyckiego! — Roześmiała się. — No dobrze... Po prostu wypijmy za to spotkanie. Za nie i za wszystkie inne nasze spotkania, które, mam nadzieję, nastąpią w przyszłości.
No i wypiły. A potem wypiły jeszcze więcej, lecz już nie przedłużając tego wszystkiego wymyślaniem kolejnych toastów. Piły i rozmawiały. Vesper opowiadała jedną porywającą historię za drugą, a Bice słuchała tego z zapartym tchem.
Przez chwilę, gdy nastało milczenie, miała ochotę opowiedzieć swojej towarzyszce swoją historię. Chciała opowiedzieć jej o tym, jak poznała Tati, o tym, jak bardzo jej rodzice jej nie lubili i o tym, jak bardzo ona sama się tym nie przejmowała. Chciała przybliżyć jej ich dzieje, to, jak dobrze razem im się żyło, o tym, jak uciekały kiedyś przed niedźwiedzie i o tym, jak kiedyś prawie postrzelił je jakiś staruszek. Chciała opowiedzieć jej o tym, co czuła, gdy samica, wokół której zbudowała niecały rok swojego życia i wokół której zbudować chciała całą resztę swojego życia. Chciała wyrazić swój żal, że nie mogła wtedy tak po prostu powrócić do rodziny, która wyruszyła już w dalszą drogę, i udawać, że nic takiego się nie wydarzyło, że wszystkie te miesiące tylko jej się przyśniły.
Po chwili jednak jej pragnienia diametralnie się zmieniły. Jakby za sprawą katharsis, oczyszczenia, zepchnęła Tatianę w najdalsze zakątki swojego umysłu. Zrozumiała, że Tatiana to przeszłość, duch, który wciąż uparcie nad nią wisiał. A ona przecież wciąż żyła i powinna z tego życia czerpać garściami. 
Nie wiedziała, czy właśnie to wywarło na nią w tej chwili największy wpływ, czy ilość wypitego alkoholu. Najważniejsze było jednak to, że nachyliła się ku rozpoczynającej kolejną opowieść rudej samicy i delikatnie ją pocałowała. 
Sama Vesper smakowała jeszcze lepiej niż rosyjska wódka, którą poczuć mogła na jej pysku.
 
Vesper?
1329 słów, + 15 j 
Template made by Margaryna, copying for any purpose prohibited. Contact: polskamargaryna@gmail.com. Credits: header, background, fonts, palette